das ist der absolut hammer 2010-02-07 23:36:12

Wiesz co, chyba jednak zostanę tym literatem, mówię S. skajpowo. No cooo ty, nie nadawałbyś się, odpowiada uroczym głosem. Ja bym się nie nadawał, oburzam się szczerze, znam przecież tyle plotek, że rzucając słówkiem tu i tam, zamieszałbym niemało. Potrafiłbym wywołać odpowiednio dużo skandali i zdobyć odpowiednio dużo stypendiów. Zapada cisza. Robiłbyś mi konkurencję, prycha niechętnie. Starczy dla nas obojga, zapewniam. Znasz tę historię z Dehnelem, pytam. Opowiadam. O kurwa, nic o tym nie słyszałam, mówi, ale to byłoby do niego podobne. A co na to jego Piotruś? Piotruś nic, zacisnął wargi i przetłumaczył jakiś smutny wiersz. S. mocno się podekscytowała: Nawet jeżeli to nieprawda, każdy by to chętnie powtórzył. Skąd ty kurwa wiesz takie rzeczy, choć siedzisz w tej dziurze? No to mógłbym być tym literatem, czy nie, pytam przymilnie. Mógłbyś, orzeka, ale wolę, żebyś został moim wydawcą.



Bariera handlowa, bariera kulturowa 2010-02-06 20:30:54

W tym miejscu nie spotkasz obcokrajowców. Ostatnio często zastanawiam się, dlaczego licznie zamieszkujące moją dzielnicę mniejszości narodowe nie robią zakupów na rynku, który w każdą środę i sobotę przyciąga setki mieszczan spragnionych żywności prosto od chłopa. Zabrudzone ziemią warzywa, karłowate owoce, ręcznie pędzone nalewki, jogurty w słoikach, bloki sera, połacie mięsa – wszystko to przyciąga niemal jedynie Niemców. Ci, gdy zrobią już zakupy, nie idą od razu do domu, ale kłębią się jeszcze długo przy trójkołowej miniciężarówce, z której zawsze uśmiechnięty młodzieniec sprzedaje kawę i ciasta.

Najpierw myślałem, że winna jest cena. Ale przecież nie: nikt nie żąda tutaj wygórowanych opłat, co więcej: można kupić mało, choćby jedno jabłko, co rzadko zdarza się w uczęszczanych przez obcokrajowców supermarketach. Odrzuciłem też względy religijne: nie wszyscy obcokrajowcy są muzułmanami, a zresztą i w Lidlu trafia się wieprzowina i wódka. Winny jest najpewniej język. W supermarkecie każdy, nawet ledwo dukający po niemiecku, wybierze, co trzeba. Tutaj trzeba stanąć w kolejce i gdy przyjdzie kolej, dokładnie powiedzieć, czego się życzy. Oczywiście ziemniaki czy cytryny wyłożone w skrzynkach wokół straganu można wziąć samemu i bez słowa podać do zważenia, gorzej z kiełbasą w chłodni czy chlebem na półce za szybą. Co więcej, znajomość literackiego niemieckiego na nic się nie przyda. Chłopi przyjeżdżają przecież zza miasta, gdzie króluje głęboki dialekt niczym nieprzypominający tego, co słyszy się normalnie na ulicy.

Onieśmielenie w stosunku do rynku na początku również i mi nie było obce. Teraz zaś czuję, że robiąc zakupy na rynku, zrobiłem jeden z ostatnich kroków w kierunku pełnej integracji z tutejszą ludnością.



Zdanie na papierze 2010-02-02 22:19:39

Wieczorami oglądam filmy o miłości, starości i wierności. To zdanie zapisałem rano ołówkiem na skrawku papieru. Utrwalenie na papierze miało zapobiec ulotności myśli i stać się zaczątkiem dzisiejszej notki. A jednak myśl uleciała, ja za to cieszę się tym zdaniem zajmującym półtorej linijki. Tak rzadko zapisuję coś ręcznie na papierze, że obawiałem się już zupełnego zatracenia odręcznego charakteru pisma. Zdanie jest dowodem, że była to obawa bezpodstawna.

Sprzed lat pamiętam materiał w „Wiadomościach” o autorze, który powieść napisał od początku do końca na komputerze. Byłem święcie oburzony, uważałem, że nie da się sensownie formułować myśli, nie spisując ich najpierw na papierze. Nie mogłem przewidzieć, że dwa lata później siadać będę do komputera, by pisać na nim tekst, który następnie przepisywałem ręcznie na papier, bo takie były szkolne wymogi.

Wymogi ignorowała pani Z., moja polonistka w ostatnich dwóch latach podstawówki (wówczas ośmioletniej). Doskonale pamiętam pierwsze wypracowanie, które napisałem na komputerze i oddałem w formie komputerowego wydruku. Był to kwiecień 1997 roku, a zadaniem było sformułowanie listu dowolnie wybranego bohatera „Quo vadis” do niewystępującego w powieści przyjaciela owego bohatera. Gdy dzisiaj czytam ten tekst, nie mogę wyjść z podziwu nad przemyślną konstrukcją literacką i swobodą mojego ówczesnego pióra. Najciekawsze jest jednak to, że treścią owego listu są dociekania nad istotą religii, a w szczególności chrześcijaństwa. Przez trzynaście lat nie zmieniłem swoich zainteresowań.



Oak 2010-01-31 14:34:04

Siedząc w szerokim, wygodnym fotelu przodem do drzwi balkonowych, przez który widzę śnieg padający na niski budynek po drugiej stronie ulicy, stwierdzam, że chcę zostać tu na dłużej. Odkładam na stolik szpiegowski kryminał, który czytam w to niedzielne popołudnie. Do delikatnych wafelków piję mocną, gęstą kawę. W Warszawie rzadko celebrowałem weekendy, dopiero tutaj poznaję błogosławieństwo oddzielenia pracy od odpoczynku, biura od domu, kolegów od przyjaciół. Odchylając się na fotelu myślę, że może jednak ten etat, to wygnanie, ten dziwny kraj są dla mnie dobre? A przecież to nie wszystko: jest przecież jeszcze jeden mocny argument…

HH 2010-01-26 22:06:35

Zmęczony jestem. Wieczorem w supermarkecie na powitanie słyszę „Heil Hitler”, na do widzenia „shit”. A w ciągu dnia dostałem od szefa pierwsze zlecenie do wykonania na boku. „No przecież dałem panu zgodę na dorabianie”. Szczęśliwego nowego roku.

Tłuste Koty - Szczęśliwego Nowego Roku by zero siedem pięć

Sobota 2010-01-24 01:06:19

Panie, panowie, cóż to była za sobota!

Nie obudził mnie budzik, bo był wyłączony. Nie spieszyłem się ze śniadaniem, bo nie musiałem nigdzie wychodzić. Czytałem bieżące tygodniki, komputery w tym czasie milczały.

Umówiłem się z E. na niedzielny spacer, potem napawałem się słońcem najpierw z tej strony okna, a potem z tamtej.

Zajrzałem do kilku księgarni, w tym do tej, do której wybierałem się – cóż tu ukrywać – od ponad pięciu lat. Było warto, upatrzyłem w niej książkę, na którą rzucę się, jak tylko spłacę kartę kredytową (czyli już za tydzień, ha!). Pół godziny wcześniej odebrałem na poczcie książkową przesyłkę z Polski, a kwadrans wcześniej w księgarni akademickiej kupiłem „Weltreligionen”.

Nabyłem również dwa urocze puzderka, które załadowane tym, co trzeba, stoją już na oknie w łazience.

Serdecznie rozmawiałem z bratem, z którym od kilku lat trzymam się na trudno wytłumaczalny dystans.

Ugotowałem obiad na niedzielę.

Przeczytałem trzy rozdziały książki, którą czytam już tylko dla czystej przyjemności.

Wróciłem do wznawiania porzuconego przed półtora rokiem projektu, do którego serce odzyskałem w listopadzie, a któremu dzisiaj gruntownie odświeżyłem header na stronie internetowej.

A na sam koniec dnia, już dzisiaj, znalazłem to:



Standing there with nothing on he gonna teach me how to swim 2010-01-21 23:58:47

S. uwielbia mnie, ja uwielbiam S. Dzisiaj w peesie do jednego z maili pisze: „Grasz w badmintona”? Od razu wyobraziłem sobie siebie skaczącego z rakietką, co poprzez swoją absurdalność wielce poprawiło mi humor. S. nie dał za wygraną, przycwałował do mnie do biura i zaproponował wyjście na basen. Najwyraźniej poczuł misję rozruszania mnie, zresztą dobiera się do mnie już z dobre pół roku. Zatem jutro po pracy jedziemy pływać. „Niech to się stanie stałym punktem tygodnia” – już zawczasu zdążył poprosić.

Mogę z tym żyć 2010-01-18 22:56:14

Przez sekundę widziałem w lustrze swoją twarz za trzydzieści lat. Bez rewelacji, ale nie jest źle. No dobrze, mogę z tym żyć, szepnąłem.

Bez zmartwień 2010-01-18 07:46:17

Rano włączam RMF Classic (niech mówią, mówią, że to jest Rubik wśród stacji z muzyką klasyczną), a tam bardzo adekwatnie Josef Strauss „Ohne Sorgen”. Dzień zaczynam więc bez zmartwień.

mail