Zostaje.
Teraz czas na analizę, co zrobić, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła. Oczywiście na pewno się powtórzy, S. Jest zbyt dobry, żeby całe życie spędzić w jednej firmie. Ważne tylko, żeby nie odszedł z firmy przede mną.
Po spotkaniu zespołu wszyscy się rozchodzą, zostaje S.
- Chciałbym z Tobą pomówić. Możemy umówić się na spotkanie po południu?
Czuję, że sprawa jest ważna.
- Możemy porozmawiać teraz.
S. zamyka drzwi, ja laptopa.
- Dostałem świetną propozycję pracy w agencji G.
Streścił historię w dziesięciu zdaniach. Ciągle się waha.
- Wybierz to, co pozwoli Ci się prawdziwie rozwijać. Wiesz, że jesteś moim najlepszym pracownikiem i że bardzo by mi Ciebie brakowało, ale wybierz to, co lepsze dla Twojej przyszłości.
Resztę dnia spędzam między łóżkiem a komórką, lecząc się z przeziębienia i rozmawiając na przemian z prezesem, szefem personalnym i najbliższym kolegą S. w firmie. Przed osiemnastą dzwonię do S.
- Wczesnym popołudniem wróciłem do domu, bo jestem chory. Przez dwie godziny spałem, a gdy się obudziłem, moją pierwszą myślą było: musisz zostać. Bardzo mi na tym zależy. Podtrzymuję wszystko, co powiedziałem rano, ale proszę Cię, żebyś został.
Decyzję podejmie dzisiaj wieczorem, da znać jutro rano.
Szef każe mi zostać cały dzień w domu, to samo sugeruje kolega z zaprzyjaźnionego działu. Wczoraj wieczorem napisałem im, że czuję się trochę przeziębiony i dzisiaj do biura przyjdę dopiero wczesnym popołudniem. A oni że nie, że lepiej wziąć cały dzień wolny. Biorę. Szef i tak wie, co to w moim przypadku oznacza: że będę mógł w spokoju pracować.
Więc pracuję w spokoju, ale nie tylko dla firmy. Dostałem nowy numer *** z moim tekstem na drugiej stronie. Poczułem ten sam dreszczyk emocji co dawniej, gdy publikowałem regularnie. Czy będzie ktoś oponował? Kto się na mnie obrazi? Czy zadzwoni zaraz telefon? Lubię to, a ponieważ w mailu było też pytanie o następny tekst, od razu siadłem do pisania.
W skrytce pocztowej czekają już na mnie trzy śliczne coffee table books. Warto by teraz zakupić sam coffee table.
Plan był taki: ja zostaję korespondentem polskich mediów i okazjonalnie współpracuję z niemieckimi redakcjami, on pracuje dalej w swoim zawodzie, który co prawda nie odpowiada jego kwalifikacjom, ale daje pewność zatrudnienia i satysfakcję. Wynajmujemy duże mieszkanie z wysokimi sufitami w stuletniej kamienicy w Prenzlauer Berg albo Charlottenburg i żyjemy rytmem Berlina. Wdychamy razem niepowtarzalny zapach metra, chodzimy do teatru i filharmonii, sporadycznie odwiedzamy Polskę.
Z planów nic nie wyszło. Ja zbyt szybko odszedłem z dziennikarstwa, on nie odważył się przeprowadzić do Berlina. No i zabrakło jeszcze jednego elementu: miłości.
To miasto mnie nakręca, tu nie czuję tak męczącej mnie w mojej mieścinie senności. Oczywiście na dobre samopoczucie wpływają też ceny: tu za obfitą kolację płacę tyle, co za lancz u mnie. Ale jeszcze ważniejsze są miłe wspomnienia, powiedziałbym: niepoprawne wspomnienia związane z rocznym pobytem tutaj przed kilkoma laty.
Pierwszy raz w aż takim ciągu podróżniczym. Noc z niedzieli na poniedziałek jeszcze w Krakowie, następna w Warszawie, dzisiaj w moim mieście, a jutro w Berlinie. W sumie prawie dwa i pół tysiąca kilometrów w drodze.
We wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek spotkania, które korygują kurs mojego życia. Ostatnio każdy z rzadkich pobytów w Polsce zawiera ten cenny element.
Nareszcie udaje mi się zmobilizować moich ludzi do pracy zespołowej i samoorganizacji. Ja jedynie z odległości wytyczam kierunek i zatwierdzam kolejne etapy. W projekt nie angażuje się tylko jedna osoba, niestety spodziewałem się, że tak właśnie będzie. Dlaczego niektórzy ludzie nie pozwalają sobie pomóc?
Wystarczy jedna filiżanka zielonej herbaty w dowolnej kawiarni w tym kraju, żeby przesiąknąć smrodem papierosowym. Herbata zdarzyła mi się wczoraj i dzisiaj, ileż zabrudzonej detergentami wody musiałem wpuścić do Wisły z powodu dodatkowych prań.
Na stole w kuchnio-jadalnio-salonie w krakowskim gościnnym mieszkaniu leży stos czternastu książek. Kilkukilogramowe pokłosie czterech dni, które stopniałoby do dwóch pozycji, gdybym miał za którykolwiek z tych tomów zapłacić.
Przy herbacie i przekazywaniu książek słyszę raz po raz: jesteś spokojniejszy niż dawniej.
- Jeszcze spokojniejszy? – pytam.
- Nie, to jest coś innego niż dotychczas, to jakiś wewnętrzny spokój – słyszę.